Poza zwiedzaniem samego miasta, chcieliśmy chociaż podejrzeć jak wygląda ta inna Japonia. Mniej gwarna, spokojniejsza, przyrodnicza. Wybór padł na wycieczkę w okolice Fudżi oraz (mimo wszytko) kolejne miasto – Jokohamę.
Objazdowa wycieczka autokarowa była niezłym wyzwaniem ze względu na tempo, ale widoki, które zobaczyliśmy ostatecznie wynagrodziły szalony pośpiech. Po wyjechaniu z głównej, miejskiej części Tokio, naszym oczom ukazała się bardziej przestronna, z niższą zabudową, prowincja. Ku mojej radości na horyzoncie wyłoniła się, pięknie widoczna góra Fudżi.


Piszę „góra”, a jest to nadal czynny, chociaż od dawna niedający znaku życia, wulkan. Fudżi wznosi się na wysokość 3776 metrów (dla porównania nasze Rysy, to 2499 metrów) i ostatni raz swój wulkaniczny charakter objawiła w 1707 roku. Podczas naszej wizyty (chyba jednak na szczęście) nie uległo to zmianie. Na marginesie dodam, że nie mieliśmy też okazji doświadczyć trzęsienia ziemi, chociaż w czasie naszego pobytu, gdzieś na północ od Tokio podobno była aktywność sejsmiczna.
Wracając do Fudżi. Jest ona uznawana za świętą górę i to zarówno w szintoizmie, jak i buddyzmie. Jest czczona jako miejsce zamieszkania bogów i stanowi symbol harmonii i trwałości. Co ciekawe przez 50-60% roku jest zasłonięta chmurami, więc jej pełny widok wcale nie był zagwarantowany. I właśnie – podczas dojazdu autobusem była bardzo dobrze widoczna, niestety z daleka. Gdy dojechaliśmy bliżej w rejon Hakone i nad jezioro Ashi, a potem kolejką linową do Owakudani, Fudżi, ku mojemu wielkiemu smutkowi, schowała się za chmurami.
Nad jeziorem Ashi stoi, założona w VIII wieku, świątynia Hakone z popularnym miejscem fotografowania się – czerwoną bramą Torii stojącą w wodach jeziora. Kolejka turystów była długa i zawinięta jak wąż i nasze 15 minut na zwiedzanie nie pozwalało na szaleństwa. Szybka decyzja – biegiem po schodach w okolice bramy, a potem biegiem z powrotem w górę w stronę świątyni. Trochę to szalone, ale nogi nie skręciłem, więc chyba lokalne bóstwa były mi łaskawe. W świątyni podróżnicy i samurajowie modlili się przed swoimi wyprawami. Jest ona pięknie położona w lesie i widać, że jest mocno złączona z przyrodą. Na miejscu można kupić wróżbę i jeżeli jest pomyślna – zabrać ją ze sobą, a jeżeli przepowiada coś złego – zawiązać w specjalnym miejscu.





Po świątyni czekał na rejs statkiem po, utworzonym w wyniku wybuchu wulkanu, jeziorze Ashi w kierunku kolejki linowej na Owakudani. Korzyścią rejsu po jeziorze był widok na bramę torii, która od strony wody prezentowała się równie okazale. Ponadto można by było zobaczyć górę Fudżi, gdyby zechciała się pokazać. Nie zechciała.


Kolejką linową wjechaliśmy na Owakudani, w dosłownym tłumaczeniu „Wielką wrzącą dolinę”. Powstała ona 3000 lat temu po erupcji wulkanu i nadal jest aktywna. Wśród syku i świstu z ziemi wydobywają się kłęby dymu, zbocza pokrywają żółte pokłady siarki, a w powietrzu unosi się zapach zgniłych jajek, czyli siarkowodoru. Co do jajek, to na szczycie można kupić i zjeść kurotamago. Jajko gotowane w siarkowej wodzie, przez co jego skorupka zabarwia się na czarno. Podobno zjedzenie jednego jajka dodaje 7 lat życia. Oprócz surowych wulkanicznych widoków można tam również podziwiać Fudżi, gdyby oczywiście zechciała nam się pokazać. Trochę było mi smutno, bo nie widząc jakie są dalsze punkty programu nie liczyłem na to, że jeszcze uda mi się zrobić fajne zdjęcia.





Ruszyliśmy dalej w stronę jezior u stóp Fudżi. Pani przewodnik powiedziała, że „jedziemy karmić łabędzie”. I owszem, były łabędzie, a nawet łabędziowa łódka, ale mnie zajęło coś zupełnie innego i pewnie domyślacie się co. Dojeżdżając do małej miejscowości nad jeziorem (niestety nie pamiętam nazwy) nagle naszym oczom ukazała się w całym swoim majestacie i pięknie Fudżi. Bez ani jednej chmurki, iskrząca się w słońcu śniegiem i lodem pokrywającymi jej szczyt. Już w czasie jazdy przez okno autobusu zacząłem robić zdjęcia. Postój 10 minut. Ruszyliśmy pędem przez ulicę w stronę pobliskich domów. Gęsta zabudowa, żadnego prześwitu, nagle jest! Kawałek wolnego terenu, są zdjęcia, chociaż nie idealne. Kilka minut do powrotu do autobusu, ale ja pędem jeszcze trochę dalej. Jest więcej przestrzeni, jakiś parking i w tle gigantyczna, niczym nie zasłonięta Fudżi. Nawet teraz, gdy to piszę, czuję te emocje i radość. Uważnie i w skupieniu zrobić zdjęcia, szybki podgląd, wszystko ok. Biegiem z powrotem do autobusu, czekają już tylko na mnie. Uff.


Jedziemy na nasz ostatni przystanek do Oshino Hakkai. To mała tradycyjna miejscowość, z kompleksem 8 stawów, w której bije źródełko z wodą pochodzącą z roztopionych śniegów Fudżi. Przez 20 lat roztopiony śnieg spływa przez kolejne warstwy skalne, by wybić na powierzchnię właśnie w tym miejscu. Miejscowość to jakby „skansen” – stare zabudowania, źródełko, oczywiście pamiątki. Tutaj mogliśmy spędzić trochę więcej czasu, ale i tak wystarczyło tylko na kilka zdjęć, nabranie odrobiny wody do butelki i zakup pamiątek. Fudżi nadal bez chmurki, więc mogłem się nacieszyć jej widokiem. Potem już tylko powrót do Tokio przez malownicze doliny i koniec wycieczki.



Wybór drugiego miejsca do zwiedzenia padł na Jokohamę. To portowe miasto jest drugie co do wielkości w Japonii. Podmiejskim pociągiem (okazało, że się niby zwykły pociąg, a pędzi jak szalony) w 30 minut byliśmy na miejscu. Najpierw ruszyliśmy do chińskiej dzielnicy. Przeszliśmy przez bramę, a potem wzdłuż malowniczej uliczki. Po obu stronach ciągnęły się sklepy i stragany z jedzeniem. Potem skierowaliśmy swoje kroki nad wodę. Tego dnia wylosowaliśmy bardzo ładną pogodę i zaczynało się robić wręcz gorąco, więc dłuższy spacer zaczynał już nam doskwierać, tym bardziej, że mieliśmy 7 dni zwiedzania w nogach. Chwilę odpoczynku dała nam przejażdżka w kole widokowym. Potem jeszcze zwiedzanie zakamarków i uliczek samej Jokohamy i tak minął prawie cały dzień. Wizyta w Jokohamie miała swoje popkulturowe tło – wiele miejsc zostało odwzorowanych w grze wideo z serii Yakuza.








Fudżi i Jokohama były naszymi „jednodniowymi wycieczkami poza Tokio”, ale jeszcze jedną wyprawą poza ścisłe centrum był wyjazd do miasta Mitaka. Ta część opisu jest wyjątkowo fanowska. Myślę, że miłośnicy filmów animowanych ze studia Ghibli podzielą mój entuzjazm, a reszcie czytelników po prostu udzieli się moja radość z odwiedzenia tego miejsca.
Studio Ghibli to jeden z najbardziej znanych w naszym kręgu kulturowym producentów filmów animowanych z Japonii. „Mój sąsiad Totoro”, „W krainie bogów”, „Księżniczka Mononoke” były wyświetlane również w naszych kinach. Główną postacią studia jest Hayao Miyazaki, który zaprojektował również odwiedzone przez nas muzeum.
Bilety schodzą jak ciepłe bułeczki i nie ma szansy na kupienie ich na miejscu. Sprzedaż online zaczyna się wcześniej i w ciągu dwóch dni bilety są wyprzedane. Samo kupno przez internet też nie jest łatwe, ponieważ wymagany jest japoński adres i vpn. Na szczęście od czego jest internet i aukcje. Trochę w ciemno, ale udało nam się zdobyć bilet, a w zasadzie kod na kupon na bilet. Najpierw musiałem znaleźć sklep Lawson, co akurat nie było trudne. Następnie w automacie zeskanować zakupiony kod, z wydrukowanym kuponem iść do kasy, a w kasie wymienić kupon na właściwy bilet. Wszystko poszło zaskakująco sprawnie.
Muzeum znajduje się w miasteczku Mitaka, ale wysiedliśmy przystanek wcześniej w Kichijōji (podobno jedno z najbardziej pożądanych miejsc do życia w Japonii). Spacerem przez urokliwy park Inokashira, wśród przepięknie kwitnących wiśni dotarliśmy pod bramę muzeum.




Wstęp był wyznaczony na godzinę 15tą i jak się możecie domyślić, wszystko odbyło się punktualnie i z należytą ceremonią. Poczekaliśmy na swoją godzinę i ustawiliśmy się w kolejce. Najpierw miła Japonka sprawdziła czy mamy bilety i oddzieliła odcinek dla każdej osoby. Potem następna pani sprawdziła bilety, a w środku kolejna (równie miła) zapytała, czy jesteśmy pierwszy raz i wręczyła nam unikalny gadżet (jeden z powodów wyjątkowości tego muzeum) – kawałek oryginalnej taśmy filmowej z kadrami z filmu. Cudo. Był to jednocześnie bilet wstępu do sali kinowej, w której obejrzeliśmy krótkometrażowy film „Kujira Tori” (Połów wieloryba) o sile dziecięcej wyobraźni.





W samym muzeum nie można robić zdjęć, by jak określił sam Miyazaki, skupić się na oglądaniu. No więc skupiłem się, chociaż fanowskie wzruszenie trochę mgliło mi oczy. Sala pokazująca na czym polega złudzenie ruchu w animacji, przegląd wszystkich filmów Ghibli, a na piętrze dwa pokoje pełne oryginalnych szkiców, story boardów, planów i projektów do filmów animowanych. Dopiero oglądając wszystkie robocze rysunki zdałem sobie sprawę z ogromu pracy koniecznej do stworzenia animacji. Dodam, że filmy (nie wiem czy również te najnowsze) są (były) tworzone ręcznie – rysowane na papierze, malowane, przenoszone na taśmę filmową. Cudowności. Muzeum nie jest przeogromne, ale dostarczyło mi wystarczająco emocji i fanowskich wzruszeń.
Skoro już jesteśmy przy fanowskiej części mojej Japonii, to napiszę jeszcze kilka słów o wystawie poświęconej filmowi Ghost in the Shell. W Polsce może być on znany dzięki aktorskiej wersji ze Scarlett Johansson, ale odsyłam do animowanego pierwowzoru w reżyserii Mamoru Oshii. Udało nam się wcelować z terminem zwiedzania, bo wystawa nazajutrz miała zostać zamknięta. Udaliśmy się do galerii / centrum wystawienniczego Tokyo Node znajdującej się na 45 piętrze 266 metrowego wieżowca Toranomon Hills Station Tower. Już sam budynek swoim korpo sci-fi klimatem wprowadzał w nastrój filmu. A co w środku? Przede wszystkim przeogromna wystawa szkiców, storyboardów, teł, modeli, projektów do wszystkich filmów z serii. Po raz kolejny dusza fana skakała z radości. Oczywiście na miejscu był dedykowany sklepik, a w bonusie dostaliśmy zapierającą dech w piersi nocną panoramę Tokio. Jeżeli znacie początkową scenę z Ghost in the Shell ze skokiem nad miastem, to taki właśnie widok miałem u swoich stóp. Nie wiem czy wcześniej gdzieś o tym pisałem, ale uczucie bycia w anime albo grze „Cyberpunk 2077” towarzyszyło mi na każdym kroku.






Na koniec odrobina wyciszenia, chociaż pisząc powyższe mój mózg po raz kolejny zalał się dopaminą. Przyroda w Tokio. Oczywiście kwitnące wiśnie, to sedno natury w Tokio, ale i całej Japonii o tej porze roku. Zwierzęta? Widzieliśmy jednego kota, jednego szczura, kilka gołębi, ale co ciekawe bardzo dużo kruków. Prawdziwych kruków, nie „naszych” wron, czy gawronów. Duże, czarne, co chwilę było słychać i charakterystyczne „kra”. W Japonii są symbolem mądrości i inteligencji i towarzyszyły nam w wielu miejscach.


Żegnaj, czy do widzenia? Nie wiem, czy jeszcze tu wrócę. Zostawiłem w Japonii kawał siebie, ale i kawał Japonii zabrałem ze sobą. Może jeszcze się zobaczymy. Arigatō gozaimashita – było pięknie.

























































